
Wystawa Fotografii „Bieszczady” na Zamku w Krasiczynie / 08-08-2010r./
Poniżej kilka zdjęć z wernisażu wystawy fotografii Fotoklubu KGT jaka odbyła się 7 sierpnia 2010r.
Byli znakomici goście, blisko 100 bieszczadzkich zdjęć i oczywiście bardzo dobre winko :-)
Wystawa potrwa do końca sierpnia. Wina niestety już nie ma.
Miejsce: Zamek w Krasiczynie (k. Przemyśla), Galeria ARP (2 piętro). Serdecznie zapraszam !

Wernisaż:




DZIECIAKI - prezentacja multimedialna / 29-06-2010r./
Zapraszam do obejrzenia prezentacji zdjęć z trzech sesji dzieciaków.
Zdjęcia z sesji w dziale Portrety.
ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY - fotorelacja z koncertu w Sanoku / 25-04-2010r./
Fotorelacja z koncertu Oddziału Zamkniętego, który odbył się w Sanoku 25.04.2010r. w ramach akcji "Ziemia sanocka dla szpitala".
Zapraszam do obejrzenia filmu i prezentacji.
(kliknij w zdjęcie i otwórz cały Album)

VENEZUELA - 2010 - ACOPAN TEPUI / 29-03-2010r./
Kilka dni temu z wyprawy do Wenezueli w ramach projektu „4 ŻYWIOŁY - TROPIK” powrócił mój przyjaciel Wojciech Wandzel.
Miał przyjemność być fotografem wyprawy, która wytyczyła nową sportową drogę wspinaczkową na Acopan Tepui.

Wenezuela - Panorama Acopan Tepui
„Fotograficzne wspomnienie tegorocznej wyprawy. Lubię wracać myślami do tego miejsca, oddalonego o kilka minut marszu od naszego obozu. Odwiedzałem je kilka razy zawsze o zachodzie słońca. Raz za wizytę zapłaciłem niezłym pokąsaniem przez chmarę much. Uwielbiałem tam przesiadywać na głazach obserwując kolory i czekając na kulminację zachodu dnia.
Niesamowity widok i mam nadzieję, że choć trochę fotografia oddaje klimat miejsca, przestrzeń jaka tam była i oddech świeżości miejsca nietkniętego przez cywilizację. Fragment sawanny na lekkim wzniesieniu, z którego można było podziwiać kilometry widnokręgu i piękna ścianę Acopan Tepui. Za nim lasy dżungli, która na pierwszy rzut oka jest pusta, ale jak zabiegany człowiek zachodu poświęci kilka chwil, uklęknie i zamknie oczy to poczuje jak drzewa żyją a wszystko niby martwe żyje wspaniałym rytmem natury. Po chwili zachwyt przechodzi w zakłopotanie związane z faktem, że człowiek tam nie pasuje, że jest tam obcy, mimo to jest tam bardzo pięknie. Idąc po zachodzie słońca pogryziony do namiotu, miałem ochotę wracać do „cywilizacji”, jednak teraz tęsknie za tym miejscem bo coś z niego przywiozłem spowrotem, to coś żyje we mnie – pragnienie powrotu przygody!
Zdjęcie to panorama z kilku pionowych kadrów, dla każdego kadru indywidualnie ustawiałem filtry połówkowe aby najlepiej dopasować rozpiętość tonalną dla zachowania kontrastu i koloru. Kadr wyczekany nie godzinami lecz dniami, od momentu jak udało mi się znaleźć to miejsce miałem w głowie ten kadr tylko czekałem na warunki – chmury, światło, kolory…”
Wojciech Wandzel
Więcej zdjęć i dłuższa relacja z wyprawy na:
http://blog.wandzelphoto.com
Zapraszam !
BIESZCZADY (MAŁA RAWKA) - Wspomnienie / 28-03-2010r./
Pamiętam ten dzień, to było 20 grudnia 2009r.
Gdy w domu panowały iście świąteczne przygotowania i sprzyjające temu wydarzeniu zamieszanie, padł pomysł by wyskoczyć na jednodniowy ostatni przed świętami wypad w Bieszczady. Wyjechaliśmy w trójkę: ja, Łukasz i Piotrek.
Takiej zimy dawno u nas nie było. W ciągu kilku dni napadało w górach ponad pół metra białego puchu, do tego stale utrzymująca się temperatura -20 stopni, wskazywała na dosyć trudne warunki w terenie.
Sam dojazd w góry był typowy jak na zimowe bieszczadzkie warunki. Auto, niczym sanie, ślizgało się po grubej nawierzchni nawianego śniegu, szczególnie w jego ostatniej fazie, gdy kierując się drogą na Dwerniczek postanowiliśmy wyjechać na rozwidleniu pomiędzy dwiema dumnie prezentującymi się połoninami.
Stąd już tylko jeden skręt w lewo, kilka minut jazdy i stanęliśmy na zupełnie zasypanym parkingu Przełęczy Wyżniańskiej.
Humory dopisywały, bo zgodnie z mapami pogodowymi niebo nad Rawkami właśnie zaczęło się przecierać i z każdą minutą odsłaniać coraz to bardziej intensywne barwy.
W górę wystartowaliśmy 2,5h przed planowanym zachodem słońca z zamiarem dojścia, najpóźniej 30minut przed jego ostateczną kulminacją.
Droga do góry była niezwykle mozolna. Tuż po przekroczeniu schroniska pod Rawkami, zaczęło się ostre przecieranie szlaku i nie wiedzieć czemu miękki i puszysty śnieg za żadne skarby nie chciał z nami współpracować. No nic, ktoś musiał tego dnia przetrzeć szlak, dzisiaj wypadło na nas ;-)
Na Małej Rawce pojawiliśmy się po blisko dwóch godzinach marszu.

Widok z góry w pełni odzwierciedlał nasze dotychczasowe wyobrażenia o zimowym klimacie tego miejsca.
Odzwierciedlał, bo Bieszczady w tej odsłonie wyglądały jak kraina wiecznego śniegu, gdzie wystające z białego puchu czubki iglaków przybierały formy najróżniejszych zimowych stworów.
Przestrzeń która nas otaczała i cudowne widoki na Dział, Połoninę Wetlińską i Caryńską wprawiały mnie w typowy dla mojej pasji stan fotograficznej euforii.

Euforia, euforią, ale zanim zacznie się drobiazgowe planowanie i komponowanie kadrów, trzeba przecież przygotować się i przede wszystkim przebrać !
Pierwsze co zawsze robię na szczycie, oprócz złapania oddechu to zmiana koszulki termoaktywnej. Nieważne czy wieje halny czy akurat jest to niska temperatura. Wyznaję zasadę, że komfort cieplny podczas fotografowania gór jest niezwykle ważny i zmiana 1 warstwy termicznej jest w tym przypadku w pełni uzasadniona. Trwa to sekundy, przy okazji okazuje się, że membrana kurtki odpowiedzialna za transportowanie nadmiaru wilgoci jest zamarznięta i pokrył ją piękny biały szron :-). No nic, zakładam dodatkowy drugi polar, by choć częściowo odizolować ciało od towarzyszącego mi przenikliwego chłodu, jest przecież -20stopni.
Na górze już bez rozmów, bez gwaru towarzyszącego wychodzeniu, lecz w pełnym skupieniu każdy z nas szuka tego wyjątkowego pierwszego planu by zbudować ten niecodzienny zimowy kadr.

Bardzo lubię ten moment gdy z szeregu elementów, można składać najróżniejsze fotograficzne kompozycje, dodając i odejmując elementy a następnie układając je w harmonijny obraz.
Po kilkunastu zdjęciach i 25minutach wracam do miejsca pozostawienia plecaków i ze zdziwieniem patrzę, jak każda kropla spływającej po kubku herbaty błyskawicznie zamienia się w lód. Gdy organizm stopniowo przyzwyczaja się do chłodu i wyziębienia, gorąca herbata jest niczym nowy akumulator. Szybko wówczas powraca dobre samopoczucie, energia i najważniejsze w tym wszystkim – uśmiech :-)
Po ponad godzinie szalonego fotografowania, przychodzi moment zejścia. Czas zatem schować aparat, założyć czołówki i bezpiecznie powrócić do domu.
Jak się później okazało, za ten zimowy plener zapłaciłem czubkiem odmrożonego nosa. Na szczęście po kilku dniach, po odmrożeniu nie było już śladu, zostały natomiast zdjęcia do których z pewnością będę wracał, szczególnie gdy za oknem pojawi się +30 stopni.



3 Miejsce w konkursie "Zaprojektuj kalendarz" (Digital Foto-Video MARZEC/2010) / 28-03-2010r./
Zapraszam do obejrzenia mojego autorskiego projektu kalendarza na 2010r., który zdobył 3 Miejsce w konkursie "Zaprojektuj Kalendarz" organizowanym przez Miesięcznik Digital Foto-Video.
Publikacja wyników i kalendarza w najnowszym marcowym wydaniu miesięcznika.
Strona internetowa Miesięcznika Digital Foto-Video:
Projekt Kalendarza na 2010r.:




"Czekając na Joe" - co zrobisz by przeżyć ? / 13-03-2010r./
Dzisiaj chciałbym namówić do obejrzenia niezwykle ważnego dla mnie filmu, jakim jest "Czekając na Joe" (Touching the void).
Ważny z kilku względów..., ale o tym może innym razem :)
Czekając na Joe to oparta na prawdziwej historii opowieść o wyprawie dwóch przyjaciół w peruwiańskie Andy. Joe i Simon wspinając się na Siula Grande wybierają najtrudniejszą, zdradliwą trasę - zachodnią ścianę szczytu. Pozornie łatwa droga jest początkiem dramatu, który stawia obu bohaterów przed pytaniami o granicę przyjaźni, odwagi i lojalności.
Górska sceneria w filmie Kevina Macdonalda jest jedynie tłem zmagań wspinaczy z własnym człowieczeństwem i strachem przed jego utratą. To opowieść o sile i odwadze człowieka w spotkaniu ze śmiercią.
Film pokazuje nie tylko ludzi, którzy dokonali rzeczy niemożliwych, ale stawia także nam pytanie - co jesteśmy w stanie zrobić by uniknąć śmierci?
Film Czekając na Joe nakręcony został na podstawie bestsellera "Dotknięcie pustki".
Zwiastun:
Publikacja na łamach Digital Foto-Video (LUTY/2010) / 01-02-2010r./
Miło mi poinformować, że w lutowym numerze czasopisma fotograficznego Digital Foto-Video opublikowanych zostało 7 zdjęć krajobrazowych mojego autorstwa, wraz z krótkim opisem i biografią.
Strona internetowa Miesięcznika Digital Foto-Video:
Styczeń w Bieszczadach / 23-01-2010r./
Z dziennika turysty:
Piątek 22.01.2010r. godz. 21 - rzut okiem na mapy pogodowe new.meteo.pl. Warunki na świt całkiem optymistyczne ! Widoczność bardzo dobra (nawet do 100km), słaby wiatr, brak opadów i zaledwie -20stopni w dzień (w nocy dochodziło do -29).
Wstałem zatem o 3.30, spakowałem plecak i samotnie wyruszyłem na powitanie wschodu z Małej Rawki. Pod schroniskiem zjawiłem się o 4.50 i zdecydowanie liczyłem na blisko 2h mozolnego wychodzenia na szczyt. Na szczęście szlak był przetarty, chrupiący śnieg, tempo dobre, więc i wędrówka przebiegła niesamowicie szybko :) Szczyt Małej Rawki powitałem wśród pięknego gwieździstego nieba już o 5.35. Co robić, gdy do wschodu mam jeszcze 1,5h, a przecież nie mogę pozwolić sobie na wychłodzenie organizmu ?
Zmiana planów, idę na Wielką Rawkę :) Tutaj szlak już mocno zasypany, miejscami ostre przecieranie, ale ostatecznie Wielka Rawka osiągnięta około 6.30. Na górze gorąca herbatka, rogalik i oczekiwanie na pierwsze promienie wschodzącego słońca :)




Do bazy w Stuposianach wróciłem dopiero o godzinie 12stej. Czasu na regenerację nie miałem za wiele, bo tylko 1,5h, więc na szybko obiadek i start o 13.30 na zachód z Tarnicy :-)
Poniżej widok z Tarnicy w Bieszczadach na oddalone blisko 200km pasmo Tatr. Tak duża widoczność możliwa jest wyłącznie podczas inwersji powietrza. Warto wówczas pozostać na zachód słońca, nawet przy temperaturze -20stopni.

Widok na ukraińskie pasmo Bieszczad. Około 3minuty po zachodzie słońca.

Kilka minut wcześniej zanim zrobiłem to zdjęcie, niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, by po chwili zabarwić je intensywnymi kolorami zachodzącego słońca.
Dawno już nie widziałem tak mało realistycznego zachodu. Mam nadzieję, że zdjęcia choć częściowo oddają klimat i kolory jakie dane mi było wtedy zobaczyć.
To były ostatnie zdjęcia z tego dnia, później już spokojne zejście i powrót do domu.
BIESZCZADY - Rozsypaniec / 15-01-2010r./
Zdjęcia ze styczniowego wypadu w Bieszczady, trasa: Wołosate-Przełęcz Bukowska-Rozsypaniec.

Na zdjęciu: Łukasz Majczyk, pies "Przyjaciel GOPR-owców" i ja :-) Za nami piękna nowa chatka na Przełęczy Bukowskiej.
Drewniana wiata to świetne miejsce na odpoczynek, a także kryjówkę w przypadku niespodziewanego załamania pogody.
Kilkanaście metrów od wiaty przebiegają słupki graniczne, wskazujące granicę polsko-ukraińską.
Następnie szlak, którym idziemy zakręca już na Rozsypaniec, później Halicz i poniżej Krzemienia prowadzi pod Tarnicę.
Zdecydowanie jest to najpiękniejsza widokowa trasa, szczególnie gdy warunki atmosferyczne są po naszej stronie.

Akurat tego dnia warunki sprzyjały uprawianiu turystyki i mojemu ulubionemu zajęciu, czyli fotografowaniu.
Temperatura około -8ºC, przetarte szlaki, pokrywa śnieżna stabilna o grubości maksymalnej 30-40cm zmrożonego śniegu.

W tle za choinką widać Kińczyk Bukowski, do którego nie prowadzi już niestety żaden szlak.
Lubię taką kompozycję, gdy faktura pierwszego planu jest wręcz na wyciągnięcie ręki. Oglądając taką fotografię można wówczas poczuć te drobinki śniegu, by następnie nasz wzrok mógł płynnie przeskoczyć przez środek kadru, zatrzymując się na jego ostatnim górskim planie.



Widok z Bukowego Berda w Bieszczadach / 27-12-2009r./

Zmiany sprzętowe / 12-11-2009r./
Nowy zestawik na którym mam przyjemność obecnie fotografować:
- Canon 5D + Grip
- 17-40 f4 L
- 70-200 f4 L

"Diaporama "Barwy Natury" / 01-11-2009r./
(oglądaj w trybie pełnoekranowym z włączoną opcją HQ i dźwiękiem)
Bieszczady / 28-03-2009r./ Plener z Wojciechem Wandzelem (www.wandzelphoto.com)
Po blisko 2 latach internetowych pogawędek, zaprosiłem Wojtka na bieszczadzki foto plenerek organizowany przez NKF KGT (www.foto-kgt.pl).
Swoją drogą Wojciech Wandzel to fotograf, któremu zawdzięczam naprawdę wiele. Dziesiątki godzin przegadane na temat technicznych aspektów fotografii, głównie kompozycji krajobrazu, ale i wiele godzin rozmów na temat tego, czym tak naprawdę jest fotografia. Właśnie ten człowiek nauczył mnie spojrzenia okiem aparatu i prewizualizacji, czyli dokładnego rozplanowania sceny jeszcze przed naciśnięciem spustu migawki. Nauczył mnie tak naprawdę „sztuki patrzenia na świat”…
Wróćmy do chwil z tego dnia…
Przyjechał w piątek, bardzo późnym wieczorem, zmęczony, aczkolwiek bardzo szczęśliwy. Nigdy wcześniej nie bywał w tych okolicach. Było późno, chłodno, czekałem na niego w Ustrzykach Dolnych. Dojechał ! Szybkie serdeczne przywitanie "na misia" i kurs do bazy w Stuposianach, gdzie mieściła się nasza baza noclegowa.
W bazie standardowe rozpakowanie tabołków, kolacja, chłodne piwko i spotkanie z resztą plenerowiczów. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany czas całonocnych debat o fotografii :-)), tym razem już w realu. Miałem wtedy wrażenie, że zastanie nas świt, a przecież trzeba było odpocząć przed porannym wyjściem w Bieszczady.
Wcześnie rano, mimo średnio sprzyjającej pogody, szybkie spojrzenie na mapę i pada decyzja o wypadzie na Tarnicę z wyjściem z parkingu w Wołosate :-) Pomysł zaakceptowany. Na Tarnicę idziemy we dwóch, reszta plenerowiczów uderza w inne rejony Bieszczad.
Ok. czas startować ! Mimo potężnego mrozu, który w Stuposianach zawsze bije rekordy - samochód jakoś odpalił. Dojechaliśmy do ostatniej knajpy i parkingu w tym kraju („Bar pod Tarnicą”). Wysiadamy, a tam z głośników tekst: „tylko we Lwowie...”.
„Tego nigdy nie zapomnę” – przytoczył Wojtek :-), „ja również” – pomyślałem …
Początkowo warunki turystyczne tego dnia były całkiem znośne jak na końcówkę bieszczadzkiej zimy. Zachmurzenie, ale i częściowe prześwity światła nad Połoninami, szlaki przetarte, temperatura jak dla nas akceptowalna.
Wojtek zaprawiony w boju, dyktował tempo. Trasa krótka, więc na podejściu pod Przełęcz Sidło mieliśmy w nogach zaledwie 1,5h marszu. W tym właśnie momencie spotkaliśmy grupę turystów zawracających z Przełęczy. Wymiana zdań i ostrzeżenie z ich strony, że na wysokości przełęczy szaleje niezła zadymka, kompletnie paraliżująca wszelkie turystyczne zapędy. Jak się później okazało, ta zadymka to halny z prędkością dochodzącą do około 120km/h i widocznością do zaledwie 2-3 metrów.
Gdy podejmowaliśmy decyzję o wyjściu na szczyt, ciągle zastanawiał mnie wykres pogodowy jaki oglądałem przed wyjściem z bazy, a wg którego tuż przed zachodem słońca miało być chwilowe „okno pogodowe”. No nic, trzeba było na własnej skórze odczuć siłę wiary w meteorologów.
Gdy stałem tam z Wojtkiem miotany podmuchami halnego odnosiłem wrażenie pochłoniętego tą mleczną zadymką. Na szczęście znajomość topograficzna tego terenu pozwoliła mi wręcz z pamięci odtworzyć właściwy kierunek marszu.
Sam moment podejścia na grzbiet Tarnicy udało mi się zarejestrować.
(Oglądaj koniecznie z włączonym dźwiękiem !)
Dla Wojtka była to niewątpliwie sztuka tańca na wietrze. Uśmiech na twarzy, krok w przód, krok w tył, cóż chcieć więcej…
Chwilę później dotarliśmy do olepionego śniegiem krzyża na Tarnicy.
To był jedyny moment, by choć na chwilę można było skryć się przed wiatrem i przemyśleć strategie działania na najbliższe 2 godziny. Tyle bowiem wg mapy pogodowej, leżącej w moim plecaku mieliśmy czekać na wspomniane już polepszenie warunków.
Wojtek, mający już za sobą doświadczenia z wypadów w Alpy wyszedł z propozycją schronienia się w jakiejś na szybko przygotowanej jamce ze śniegu.
Przystałem na ten pomysł, po czym opatulony w folię termiczną uwiłem sobie przyjemne gniazdko na najbliższe dwie godziny.
W takich momentach smak gorącej herbaty jest nie do przecenienia, a tabliczka czekolady to niewątpliwy rarytas.
Wolno upływająca pierwsza godzina spędzona w nowo przygotowanym "mieszkaniu" nie dała nam żadnej odpowiedzi, a najgorsze nawet nadziei. Na szczęście, dokładnie po 2h zaczęło się delikatnie „przecierać”. Trwało to dłuższą chwilę, ale naprawdę warto było czekać. Kolory na niebie jakie było nam dane zobaczyć tego wieczoru były rewelacyjne.
Z doświadczenia wiedziałem, że po tak mocnym wietrze zachód musiał być intensywnie czerwony. Nie myliłem się, tego dnia taki właśnie był ! Wszystko fajnie, tylko jak tu fotografować, gdy podczas halnego ciężko utrzymać równowagę, nie mówiąc już o próbie rozstawienia statywu.
Bezcenne okazały się nawisy śnieżne na zachodniej części Tarnicy. Właśnie w nich, okopany jak w igloo schroniłem się przed wiatrem i spokojnie mogłem rozstawić mój statyw.
Wojtek w tym czasie szalał wraz z halnym w okolicy krzyża. Muszę przyznać, że zrobił na mnie wrażenie. Cały w goretexie, windstoperowa maska na twarzy, przygotowany na najbardziej wymagające zimowe warunki…
Oto kilka zdjęć jakie udało mi się zrobić tego właśnie wieczoru:






Po zachodzie słońca rytualne wręcz wypicie kubka herbaty, czołówka na głowę i spokojny marsz do Wołosatego, a następnie do bazy na mocno spóźniony w tym dniu obiad.
Kilka dni po plenerze Wojtek napisał:
„Za wytrwałość, za pasję, za fotografowanie w naprawdę ciężkich warunkach, za czekanie w śniegu na światło, za plamy na obiektywie, za wiatr który poruszył nawet fotografów, za mokry śnieg na kurtkach, za wyprawę! Pozdrawiam - Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie :)”
fotograf ślubny Sanok Przemyśl Lesko Krosno Rzeszów fotografia ślubna zdjęcia ślubne weselna ślub wesele fotograf weselny